piątek, 7 kwietnia 2017

Piątek trzynastego.


Złośliwość rzeczy martwych potrafi wyprowadzić z równowagi na cały dzień, jak teściowa w menopauzie, ale tym razem los postanowił spłatać mi figla i podniósł ni ciśnienie niczym podwójne espresso. Co prawda pewnie powinnam zignorować takie sytuacje, ale ilość zbiegów okoliczności jak na jeden dzień dał mi tak w kość, że szkoda gadać.

Jak już odkleiłam się od łóżka w popłochu, bo zapałam, półprzytomna poszłam do łazienki, gdzie moja pasta wyglądała, jakby ktoś ją rozjechał, i urwał głowę, zebrałam, jej wydzielinę oczywiście brudząc, przy tym bluzkę.

Gdy po 15 minutach wydostała, się z domu co wcale nie było, takie łatwe, począwszy od poszukiwania jak co dzień kluczyków do samochodu, choć zawsze odkładam je w to somo miejsce, sprawdzeniu, czy zabrałam, wszystkie dokumenty i telefony moim oczom ukazał się widok zasypanego samochodu, powrotem na górę poszukałam odpowiedniego sprzętu i zaczęła dokładnie odśnieżać samochodzik.

Gdy pełna nerwów odkryłam, że odśnieżałam nie swój samochód, proszę sobie wyobrazić moją minę, bezcenna, a przyczyna jest taka, że nasz sąsiad kupił sobie takie samo auto, czyli kolor, i wtedy mi się przypomniało, jak mój kochany mówił, żebym odśnieżanie zawsze rozpoczynała od rejestracji. Rychło w czas. A jak się ucieszy?

Po odkopaniu tym razem swojego samochodu, na drodze oczywiście musiałam spotkać kretyna, który nie dość, że jedzie, wolno to jeszcze nie używał, kierunkowskazów, bo i po co to dla lamusów. Idioci się nie rodzą, ich się sieje.

Ok. dojechałam, przed pracą trzeba zaopatrzyć, się w prowiant, i co spotykam w sklepie kolejce starszych pań po porannej mszy, wybierających wielkość bułeczki i ilość plasterków wędliny o tego jogurcik dla wnuczusia, który jada tylko truskawkowe, i oczywiście co zbrakło dla mnie bułki i jakiegokolwiek jogurtu o sałatce z rukolą nie wspomni, wzięła marsa i poszłam do pracy.

W pracy jak w pracy oblałam się kawą, dobrze, że była, zimna więc cały dzień jeździłam, na krześle, musiałam zmienić toner w drukarce, ok. stwierdziłam, że wyczerpałam limit pecha i już nie zwracałam, uwagi wracając, na korki, dojechałam i moim marzeniem była kąpiel i pizza z dziesięcioma dodatkami.

Kąpiel była bardzo ekspresowa, bo z powodu zimna zakręcili wodę a Pizza, za którą zapłaciłam, czterdzieści złotych po otwarciu pudełka okazała, się zmiażdżonym, zaparowanym plackiem.

Tak zakończył się mój osobisty piątek trzynastego.


Ewa Kalina

1 komentarz:

  1. Takie piątki zdarzają się czasem każdemu. Chodzi o to, że kiedy już coś nie wyjdzie, nagle inne niewypały robią się bardziej kontrastowe ;)

    Blondynka na swoim

    OdpowiedzUsuń